~ 12 ~
li na drugą stronę, jednak to należało do porządku rzeczy. Gdy-
bym miała przypomnieć sobie coś, co w przeciągu pierwszych
trzydziestu lat życia odcisnęło na mnie jakieś piętno i wydobyć
tylko to, co najistotniejsze, tak jak to potrafi czynić czas, wspo-
mniałabym moją koleżankę ze szkoły, Lucy, którą wykończyło
zapalenie płuc. My wszystkie, jej przyjaciółki z liceum, stałyśmy
wokół marmurowej płyty w kostnicy, gdzie ją umieszczono. To
rzeczywiście był ważny sygnał bólu. I pozostał.
Mój mąż Vanni jest architektem, pracuje dla między-
narodowej firmy, która posyła go w odległe miejsca świata.
Częściej bywa za granicą niż we Włoszech. Jest człowiekiem
o rozlicznych zainteresowaniach, wykształconym nie tylko
w swoim zawodzie, pod wieloma względami radykałem. Rów-
nież w dziedzinie religii. Wolę powiedzieć to od razu: należy
do tych osób, którym nie wystarczy, że nie mają w ogóle żadnej
wiary, ale gdy chodzi o tę konkretną naszą wiarę, to wręcz wpa-
dają w złość. Vanniego wkurza ten, kto ma wiarę, i chciałby, aby
jej nie miał. Bardzo często widziałam go, jak się rozpala, tak
iż w bezruchu stałam i patrzyłam na niego z niedowierzaniem,
jak się patrzy na kogoś, kto papla w niezrozumiałym języku.
Przez jakiś czas ja i Vanni z zapałem dyskutowaliśmy o wierze,
wręcz z pewną agresją, potem przestaliśmy.
Ja przestałam.
Wszystko to było daremne, i tak nigdy byśmy się nie
porozumieli, jedynie nasze reakcje przybierałyby na sile. Za-
kopaliśmy problem i żyliśmy dalej. Wiara, rzeczywistość nad-
przyrodzona, kult… Prawdę mówiąc, ja sama uważam się za
niezdecydowaną. Jestem jeszcze młoda – stale sobie powtarza-
łam – jak przyjdzie czas, by się tym zająć, to pomyślę. Otrzy-
małam katolickie wychowanie i te drzwi nigdy się całkowicie
nie zamknęły, pozostała jakaś szczelina, jakiś przesmyk na
przyszłość. Niemniej, nie jestem skłonna uwierzyć, że Morze