~ 8 ~
ów bodziec musiał się stać wewnętrznym, a do tego potrze-
ba było czasu. Obecna powieść kosztowała mnie trzy lata ko-
niecznych starań, trudów i cierpień.
Któregoś wieczoru wyszedłem z zebrania w siedzibie
Wydawnictwa San Paolo przy via Giotto w Mediolanie. Otwie-
rałem właśnie kłódkę przy moim rowerze, kiedy minęła mnie
jakaś para. Kilka metrów dalej kobieta się odwróciła, podeszła
do mnie i powiedziała: „Pan jest Pino Farinotti, prawda? Mam
na imię Concetta, a to jest mój mąż… Przeczytałam wielo-
krotnie pana książkę. Czytałam ją, potem dawałam ją mężo-
wi, który też ją czytał i przekazywał mi ją z powrotem. I nadal
tak robimy!”. Uśmiechnąwszy się, próbowałem odpowiedzieć
żartem, który jednak okazał się dramatycznie niestosowny:
„Może pora zmienić książkę!”. Również kobieta uśmiechnę-
ła się, lecz bez większego przekonania. „Widzi pan, mieliśmy
dziecko... Syna już nie ma. Z powodu raka mózgu. Miał sie-
dem lat, kiedy umarł. Wyznam panu, że bez tej książki nie
dalibyśmy rady, gdyż teraz wiemy, iż pewnego dnia znów go
zobaczymy”. Zawahała się przez kilka sekund, po czym do-
kończyła myśl: „Zobaczymy go ponownie, prawda?”. Nie są to
pytania, na które ma się ochotę odpowiadać. W jednej chwili
musiałem zebrać wszystko – uczucie, moralność, mistykę, po-
nadto zaś odwagę i współczucie. Odpowiedziałem: „Tak, my-
ślę, że znów go zobaczycie”.
Kobieta była wzruszona, ja od razu potrząsnąłem głową.
„Pani Concetto, jestem tylko pisarzem, który napisał książkę.
Na tym moja rola się kończy. Taki miałem zamysł, nic wię-
cej”. „Oczywiście – odpowiedziała po chwili. – Proszę mi wy-
baczyć, że zrzuciłam na pana odpowiedzialność. Próbuję…
nie płakać”. Wtedy pogładziłem ją po głowie. Nie potrafiłem
dobrać odpowiednich słów, ale znalazła je ona. „Czasem się
zastanawiam, jak tam się czuje mój synek, mimo że pewnie do-